Ten spacerek po brzegu oceanu na "płetwę wieloryba" był na prawdę milutki
Człowiek przyzwyczajony od dziecka do Bałtyckich realiów nagle staje na wybrzeżu, które jest totalnie inne

Pomijając egzotykę tego miejsca nie ma tam tłumów plażujących ludzi za parawanami, ci którzy wypoczywają w czasie odpływu zazwyczaj koczują w cieniu palm i ogólny widok wybrzeża jest jakiś "dziwny" - tylko palmy, piasek i woda
Kolejny, inny element to brak wydm

tam jest to zorganizowane zupełnie inaczej - rolę wydm chroniących wybrzeże spełniają wcześniej wspomniane palmy - głównie kokosowe. Procedura jest bardzo prosta - z dorosłej palmy spada kokos, który jest następnie wypchnięty na brzeg podczas przypływu i leżąc na piasku zaczyna kiełkować, stara palma z czasem przewraca się podmyta falami ale tuż obok niej jej "dzieci" przejmują rolę
Stara Kostarykańska legenda powiada, że czasami pojawiają się ludzie, którzy potrafią przenieść taką palmę i posadzić w innym miejscu
Generalnie jeżeli ktoś planuje rodzinny wypad w takie rejony to musi być przygotowany do zupełnie innego plażingu
Dobra - koniec tych "dziwnych" plaż, w drugiej części dnia połechtani wiadomościami o pobliskich wodospadach ruszyliśmy na poszukiwania, nie było łatwo, importowany tubylec Kuba tak szybko i łatwo zareklamował nam miejsca z wodospadami, że po kilkunastu przejechanych kilometrach trafiliśmy aż na jeden!!! - a mając w pamięci wodospad z La Fortuna to w zasadzie ten okazał się małą kaskadą niż wodospadem
Samo miejsce w którym znajdował się ten "wodospad" okazało się być prywatne - tak - tam jest to możliwe, że fragment rzeki płynie przez czyjąś działkę i tyle, trzeba zapłacić jakieś fecki za wstęp żeby obejrzeć fragment rzeki. Oczywiście właściciel okazał się bardzo przedsiębiorczy i dodatkowo wykopał stawy gdzie można było złapać tilapie na patelnię
Kolejną atrakcją w tym miejscu było jedno ze starszych drzew w tym rejonie - nie wiem czy to wyjątek i faktycznie "rarytas" w dzisiejszych czasach aktywności człowieka ale było imponujące
W powrotnej drodze skorzystaliśmy z zaproszenia Kuby i pojechaliśmy go odwiedzić. Nikt z Nas nie wiedział czego można się spodziewać po uchodźcy z Polski, który ma piękny hotelik nad oceanem a uczuciowo związany jest z Nikaraguanką

Nie podał żadnego adresu bo jak się później okazało mieszkał praktycznie w lesie, do posesji prowadziła leśna droga a trafiliśmy jedynie przez wskazania punktu GPS. Sam dom zbudowany był z kontenerów ale na tyle przemyślnie, że nie było tego widać. Wyglądał jak normalny dom w nieco europejskim jednak stylu, co najważniejsze bez wszechobecnych krat i drutów kolczastych. Kuba ugościł nas Tyskim i opowiedział co nieco o życiu w tym kraju, o tubylcach i o swoich ambitnych planach. Kilka informacji szczególnie przydatnych pozwoliło mi jako kierowcy w tym dniu na skorzystanie z gościnności i częstowaniu się napojem z Poznańskich browarów
![[Obrazek: hura.gif]](https://cichlidae.pl//images/smilies/emotikony/emotikony/hura.gif)
Oczywiście z powodu jeszcze zbyt wczesnej pory spotkanie skończyło się sporą wstrzemięźliwością. Nie można było tego tak zostawić dlatego umówiliśmy się z Kubą na wieczorek integracyjny w jego hotelu

- trzeba było przecież zrewanżować się i poczęstować go napojami z Polski

Tak też typowo po Kostarykańsku wieczór zaczął się od pierogów, pizzy, Tyskiego i napojów pozyskanych z przerobu Polskich płodów rolnych a skończył się przepięknie w nocnej scenerii na plaży nad oceanem

Niestety ja nie posiadam zdjęć z tych momentów bo dla własnego bezpieczeństwa żeby nie generować strat miałem na sobie jedynie szorty i klapki a ręce to już wiadomo są tylko dwie a pojemników do trzymania sporo
Ten dzień, pomimo, że nie podglądaliśmy pielęgnic był bardzo fajny